niedziela, 20 września 2015

Co nowego i rewolucje w pielęgnacji 2015

Jako że w sierpniu rozpoczęłam małą rewolucję w pielęgnacji, twarzy, włosów i całego ciała, pomyślałam też o zmianie szablonu na blogu. Haha, wcale tak nie było. OK, przyznaję, chciałam trochę pokombinować z nagłówkiem i tłem. Weszłam na jakieś strony z dostępnymi szablonami, pobrałam coś co przypadło mi do gustu, zrobiłam wszystko wg instrukcji i... się trochę pokichało.



Przysięgam, SAMO SIĘ! W sensie: wszelkie menu, które były na blogu, a nie w kodzie gotowego szablonu, latały sobie radośnie przed całym blogiem, który nawet sensownie zaczął się prezentować jako tło latających linków itd. Jak to zobaczyłam i się przekonałam, że oczywiście wcześniej nie zrobiłam kopii zapasowej poprzedniego szablonu, wiedziałam, że tak tego nie można zostawić i trzeba ratować póki się da. Oczywiście, nie pamiętałam jaki był podstawowy szablon bloga, na którym później zrobiłam wszystko po swojemu, więc ustawiłam coś podobnego do poprzedniego. Trochę namęczyłam się z menu po prawej stronie, ale jakoś dałam radę. Problem w tym, że  kiedy już to wszystko ogarnęłam, postanowiłam iść za ciosem i faktycznie coś zmienić, żeby blog miał "ręce i nogi". A że pora była późna i nie miałam weny na pisanie magisterki - czym prędzej ruszyłam do działania. I znowu zaczęło się przeszukiwanie sieci w celu odnalezienia stron przyjaznym osobom, które "chcą a nie mogą" stworzyć pięknej grafiki na bloga. Dzięki temu powstał nagłówek, który baardzo mi się podoba. Później zmieniłam też czcionkę w menu i podstronach bloga. Niestety, zmieniłam tylko czcionkę, bo jednak dla takiego laika jak ja stworzenie szablonu od zera, nawet za pomocą kreatora online, jest zbyt trudne. Przyznaję też, że nie mam za bardzo czasu zagłębiać się w te sprawy. Czcionka, którą znalazłam mi odpowiada i cieszę się, że jako jedna z nielicznych ma polskie znaki. Bardzo mnie drażni, kiedy widzę ładny blog, a czcionka, którą autor pisze jest pomieszana z inną na rzecz polskich znaków właśnie. Nieestetycznie to wygląda.

No ale dobra, o czym to ja miałam..? Ach! Rewolucje! No tak, do tego postu zabierałam się już od początku września, ale w sumie dobrze się złożyło, że sprawa się trochę opóźniła, bo coś nowego doszło w tak zwanym międzyczasie. Zacznę może od początku. Jak pewnie wiecie, mój Skarb spędził w Polsce tego lata niecały miesiąc. A ja już tak mam, że im dłużej z nim przebywam, tym bardziej chcę być lepsza. Wiem, że na niego mam podobny wpływ, więc domyślam się, że to taki rodzaj wzajemnej inspiracji i cieszę się z tego bardzo :) Chcę być lepsza dla siebie, dla niego, dla nas, dla świata i to naprawdę dotyczy różnych płaszczyzn: zachowania, zdrowia, pracy, nauki, życia, a teraz wzięło mnie także na wygląd. I poszło!
Jak jeszcze K. był w Polsce, zamówiłam wodę termalną. Tutaj naprawdę wystarczy przeczytać kilka moich postów dotyczących kosmetyków, żeby się dowiedzieć o moich problemach ze skórą wrażliwą i podrażnieniami, z którymi walczę niczym Don Kichot z wiatrakami. Skąd w ogóle pomysł na taką wodę? Kiedyś w aptece dostałam próbki kosmetyków i prezent od La Roche-Posay. W prezencie znalazło się m.in. 50ml wody termalnej. To było kiedy mieszkałam w Krakowie, jeszcze na stancji u starszej pani, nie w mieszkaniu studenckim. Wtedy wodą termalną spryskiwałam twarz po demakijażu i sprawdzała się świetnie. Niestety, starsza pani zmarła pod koniec listopada zeszłego roku, ja musiałam wtedy opuścić mieszkanie. Wróciłam z powrotem do domu rodziców i dojeżdżałam do końca semestru codziennie na zajęcia. No i stało się - wszystko stało się nagle i kiedy w środku tygodnia spadło na mnie pakowanie wszystkich rzeczy i rozpakowywanie ich w domu, wodę termalną La Roche-Posay wrzuciłam na półkę w łazience i zupełnie o niej zapomniałam. Jak to się stało - nie pytajcie, nie wiem. W każdym razie o wodzie przypomniałam sobie w sierpniu, kiedy wróciliśmy ze Skarbem z naszych pierwszych wspólnych wakacji, na które zapomniałam płynu do demakijażu i przez jakiś czas zmywałam twarz żelem, myśląc, że to wystarczy. Nie wystarczyło, skóra strasznie się podrażniła, płyn do demakijażu kupiłam, ale trzeba było ratować skórę. Wróciliśmy do domu i woda termalna wróciła do łask. Zauważyłam widoczną poprawę i jak tylko zobaczyłam, że te moje sprezentowane 50ml się kończy, kupiłam 300ml wody termalnej Uriage. Nie będę tu więcej o niej pisać, na recenzję jeszcze przyjdzie czas :)
Kiedy zaczęłam dbać o skórę, postanowiłam iść za ciosem i zrobić coś z moimi zębami. Problemów z nimi większych nie mam (odpukać), ale chcąc dmuchać na zimne, wolałam się o nie bardziej zatroszczyć. Do zakupu elektrycznej szczoteczki do zębów przymierzałam się od długiego czasu, a do ostatecznego zakupu przekonał mnie nie kto inny tylko mój Skarb. Sam przerzucił się na takie szczoteczki parę lat temu i bardzo sobie chwali, a ja, korzystając z okazji, że byliśmy razem, poobserwowałam go trochę, wypytałam i... przekonałam się już całkiem do zakupu. Mój wybór padł na Oral-B Professional Care 700. Nie ukrywam, że trochę bałam się o moje dziąsła, które są bardzo wrażliwe, z czego zawsze śmieje się mój dentysta, twierdząc, że zawsze musi mi serwować końskie dawki znieczulenia. Ha-ha-ha, dentyści-sadyści ;) Pomijając wszelkie niedogodności związane z wrażliwymi dziąsłami, to nawet sobie chwalę tę przypadłość, bo dzięki niej bardzo szybko reaguję kiedy coś niedobrego zaczyna dziać się z moimi zębami i unikam poważniejszych problemów. No tak, w każdej sytuacji trzeba znaleźć coś pozytywnego :) W każdym razie, moje obawy odnośnie połączenia wrażliwych zębów i dziąseł ze szczoteczką elektryczną okazały się zbędne, ponieważ taka szczoteczka wręcz.. pomaga i ułatwia życie takim nadwrażliwcom jak ja! Przysięgam, wystarczyło mi tylko raz umyć zęby nieuważnie, zbyt mocno zwykłą szczoteczką, żeby przez następne mycia czuć kłucie i nieprzyjemny ból. Od kiedy stosuję szczoteczkę elektryczną nie pamiętam takiego problemu. Warto. Naprawdę warto zainwestować w tego typu produkt! Już po pierwszym użyciu czuć, że zęby są dopieszczone, wypielęgnowane, wypolerowane, doczyszczone i gdyby mogły to same by o tym mówiły ;)
I tutaj pojawia się kolejny element reakcji łańcuchowej - po użyciu szczoteczki elektrycznej zapragnęłam pięknej bieli na zębach. Dzięki nowej szczoteczce, odpowiedniej końcówce i paście do zębów te zęby stały się widocznie bielsze, ale mi oczywiście było mało. Poza tym, przyznaję bez bicia - problem był w okolicach trójek, które, ze względu na ich umiejscowienie, wcześniej zdarzyło mi się (jak większości populacji) szorować niedokładnie. Właśnie przez to oraz moje nałogowe picie herbaty i kawy, trójki były trochę ciemniejsze od pozostałych zębów. Postanowiłam działać. Czytając opinie na różnych forach zdecydowałam się na zakup pasków Crest Supreme. Jako że nie potrzebowałam dużej zmiany w kolorze zębów i nie chciałam ich też męczyć, kupiłam 7 saszetek, w sam raz na siedmiodniową kurację. Teoretycznie zaleca się stosować paski najlepiej przez 14 dni, ale szczerze mówiąc, trochę bałam się co to będzie i zwyczajnie nie chciałam przedobrzyć. W jednej saszetce znajdziemy blister z naklejonymi dwoma paskami, dłuższym na górny łuk zębowy i krótszym na dolny. Paski nakładamy na najlepiej jeszcze nieumyte zęby, siedzimy z nimi 30 minut, po czym ściągamy paski, płuczemy i myjemy zęby. Jak paski sprawdziły się u mnie dowiecie się już niedługo. Jak widzicie, zrobiłam zdjęcie tylko jednej saszetki, nie bez powodu, bo została mi już właśnie tylko jedna, którą zużyję dzisiaj i niedługo będę mogła podzielić się wrażeniami. Stay tuned ;)
Co jeszcze nowego? Już chyba nie zostało nic, o czym wcześniej bym tu nie napisała. Plastry do depilacji twarzy, wyrównanie koloru włosów szamponetką - wszystko to stanowi kontynuację tytułowej rewolucji w pielęgnacji, zapoczątkowanej w sierpniu. W ostatnim zakupowym poście pisałam o małej rewolucji na głowie. Szamponetkę już przetestowałam, o czym też zamierzam wkrótce napisać, teraz testuję olejek, szampon i odżywkę przedstawione na zdjęciu poniżej.

Kto śledzi profil bloga na facebooku wie, że niedawno znowu mi się poszczęściło i zostałam Ambasadorką Laboratorium Kosmetycznego Joanna! Paczka z nagrodą dotarła do mnie bardzo szybko, a w niej znalazłam malinowy peeling do ciała Fruit Fantasty o oszałamiającym zapachu oraz żel pod prysznic mango&papaja z serii Joanna Naturia. Baardzo się ucieszyłam z wygranej i nie mogę doczekać się testowania produktów!
Uff, nie da się ukryć, że ostatni miesiąc był rewolucyjny i dużo pozytywnych zmian się "zadziało" w mojej pielęgnacji :) Gratuluję tym, którzy dotarli do końca tego długiego postu! Zapowiada mi się teraz dużo pisania i recenzowania na blogu, nie wiem kiedy znajdę na to czas, ale postaram się wszystko ogarnąć jeszcze przed 1szym października :) Zatem trzymajcie się i do szybkiego zobaczenia!